O tym o czym nie chce mi się z nikim mówić, a musze to komuś powiedzieć!
środa, 25 października 2006
Jeszcze o snach
Mialam kiedys sen nastepujacy: Spodek w Katowicach, jakis koncert na ktorym jestem z dziecmi, wychodzimy po zakonczonej imprezie i w chwili kiedy wchodzilismy do przejscia podziemnego pod rondo ( ktore od lat jest w remoncie) zawalaja sie schody i caly strop tych podziemi. Ja cudem wydostaje sie z tego kataklizmu razem z dziecmi ale reszta placu tez sie zawla i usiluje uratowac dzieci podajac je jakims obcym ludziom , zeby wciagneli je do "Spodka". Udalo mi sie i calo i zdrowo wrocilismy do domu. Tak mnie ten sen ubawil wowczas, ze opowiedzialm go koleznakom w pracy i mezowi w celu zanalizowania na jaka chorobe psychiczna cierpie. Po dwoch tygodniach , dzwoni do mnie maz na komore ( akurat bylam w trasie) i pyta : Wiedzmo - slyszalas co sie stalo? Rondo w Katowicach sie zawalilo! Ty wez juz lepiej nie spij , bo jeszcze cos ci sie przysni! Tak naprawde zawalila sie czesc stropu bo budowlancy wtargali tam zbyt duzy dzwig i on wpadl im " troche do srodka" bo byl zbyt ciezki. Jak po takim czyms uznac , ze moje sny sa tylko moja wyobraznia?
Sen II
Jak juz kiedys pisalam miewam sny.. roznego gatunku, jak kazdy czlowiek chyba. Sa sny, ktore sa odbiciem tego co dzialo sie w ostatnich dniach lub tygodniach, czasem sny przychodza , strasza a po namysle odnajduje w nich echo jakiegos filmu albo opowiesci. Dzis sen byl inny, przytrafil sie zaraz po zasnieciu, jak ostrzezenie Zobaczylam we snie auto mojego meza, mialo rozbite drzwi od strony pasazera, w tym snie pomyslalam sobie , ze moze nie jest tak zle , bo jak od strony pasazera, to moze nie jest tak najgorzej. Nie widzialam go nigdzie i nie wiedzialam co z nim jest, nie widzialam tez reszty auta , jak bardzo robita. Bardzo sie balam. Juz w tym snie mialam uczucie , ze nie przytrafil sie on tak ot, tylko ze cos wisi w powietrzu, cos zlego ... No i stalo sie , po powrocie z pracy okazalo sie , ze babcia mojego meza upadla w domu potykajac sie o wlasne nogi i zlamala w nodze kosc strzalkowa. Moze nie byloby to takie straszne gdyby , no wlasnie gdyby babcia nie miala 88 lat! Obawaialm sie najgorszego , ale w szpitalu okazalo sie ze babcia fizycznie jestw stanie wysmienitym i zoperowali jej ta noge wstawiajac jakies druty , nie ma gipsu i podobno za 3 dni beda ja zmuszac pomalu do chodzenia. Jestem przekonana , ze to zlo ktore mialo sie przytrafic mojemu mezowi , jego babcia wziela na siebie. Tzn los zdecydowal ze skoro stac sie musi , niech stanie sie komus innemu... Jestem walnieta, wiem, ale ta mysl dreczy mnie cale popoludnie. Jak sie o tym dowiedzialm to w tej samej sekundzie wrocil ten sen i przypomnienie: wiedzialas ze cos sie stanie, wiedzialas. Dzieki, ze to jednak nie on.
wtorek, 25 lipca 2006
Od Świętej Anki zimne wieczory i ranki
Jutro 26 lipca -Anny, naszej Mamy imieniny. Cokolwiek sie na swiecie działo o imieninach Mamy trzeba było ZAWSZE pamiętać, jakiś prezent ( malutki i tylko dla niej) , telefon, a teraz co ? teraz mozemy sobie jechac na cmentarz i znicz zapalic. Jutro imieniny, po jutrze minie miesiac od kiedy trzymalysmy ja z siostra za reke, żegnając sie na zawsze i zachecajac cichutko , zeby zdobyla sie na ten ostatni w zyciu wysilek i przeszla na druga stronę, pozostawajac nas i cielesna chora powłoke. Z upływem kolejnych dni jest mi coraz gorzej, coraz mocniej do mnie dociera, ze Jej nie ma i juz nie bedzie
poniedziałek, 24 lipca 2006
Sen
Prosiłam o sen i dostałam go.... Sniła mi się Mama. Przyszła do domu ( nie tego samego co zawsze , ale był nasz) a my strasznie się zdziwiliśmy, że przyszła i że zyje, a ona miała do nas pretensje , że tak łatwo uwierzyliśmy , ze ona umarła , jak ona się tylko gorzej poczuła , że powinniśmy się bardziej nią interesować. Powiedziała , że lekarze nie obiecuja , że ja wylecza, ale że jeszcze się na tamten świat nie wybiera i musimy się pogodzić z tym , że ona jest chora i mamy się nią zajmować. Cały czas była obrazona , ze nam sie wydawało , ze ona umarła- jak ona nie umarła - co myśmy znowu wymyślili! Nie uspokoił mnie ten sen, wrecz przeciwnie roztroił mi nerwy , bo zaraz mi się zaczeło wydawać, że coś jest nie tak. Dawno temu jak umarł tato to bardzo dlugo miałam sny ( jak się zastanowie to dopiero niedawno przestały wracac) , ze on nagle wchodzi do domu, że to wszystko było kłamstwo , że nie umarł, nigdy nie umarł tylko nie mogł z nami byc, od tego czasu wszystko się zmieniało. Całe zycie stawało się inne , znikałay wszystkie złe dni, złe lata, nadrabialiśmy stracony czas - zawsze tylko we śnie......... Śniło mi się tez , że widzę go w telewizji , zyje , mieszka gdzieś na drugim końcu polski , na nowe nazwisko i tożsamość , ze musiał tak zrobic , dla nas...( to było chyba po tym jak dowiedziałam się o instytucji świadka koronnego)
piątek, 21 lipca 2006
oczy
Dawno mnie nie było, od tamtego czasu zmieniło się wszystko, zmienił sie cały mój świat... Mamy nie ma i trzeba sobie to uświadomić.... A może nie trzeba, może człowiek może trwać w stanie wyparcia, nie dopuszczać do siebie tego faktu. Dzwoni telefon, to nie jest Mama i juz nigdy nie będzie, tak bardzo mi brak tych jej telefonów, które kiedyś byly zmorą mojego życia. Wyciagałam kabel z gniazdka , przykrywałam głowę poduską, zeby nie słyszeć ze dzwoni po raz 8 tego samego dnia a teraz juz nie zadzwoni, nigdy, a ja caly czas jeszcze czekam. Kiedy przestaje się czekać , po jakim czasie. Z przyzwyczajenia dzownie codziennie do domu , pogadam ze starym ... Z Mamą jak dawniej rozmawiam codziennie, tylko tym razem porę wybieram ja, teraz to ja bede ja zameczac rozmowami :) Śnily mi się Jej oczy , tak strasznie blisko mojej twarzy byly ,takie duże i zaskakująco spokojne i z nutką uśmiechu, chalalabym, żeby przysnily mi sie jeszcze raz...Oj Mamo...
poniedziałek, 10 kwietnia 2006
Siostra
Moja siostra się na mnie obraziła, obrazila śmiertelnie i co teraz?! Zrobiła tragedie z nic nie znaczącej sprawy. Byc moze ta sprawa dla mnie nic nie znaczyła a dla niej bardzo dużo. Czasem tak jest , ze czlowiek na cos czeka , na to, ze ktos sie domysli , ze on czeka i potem jak sie nie domyslil to ma sie zal co reszty swiata. Ten zal poglebia sie z kazda minuta myslenia o nim , wiem jak to jest, bo tez tak mi sie przytrafia. JAk juz jestem takim chodzacym smutkiem a ten ktos , ktory sie mial domyslec nie domyslil sie, to banka zalu peka i wylewa sie na caly swiat. Ja sie niestety nie domyslilam , ze mam rzucic wszystko i sluchac , przepraszam cie siostro , ze nie utrafilam z tym moim sluchaniem. Poprawie sie, bo ja cie przeciez kocham siostro i jestem dla cibie zawsze i wszedzie. Czekam wiec dzis na ciebie przy komputerze. Ps. telefonu i skrzynki ,to ja myslalam, ze chodzi ci o telekomunikacyjny numer a tobie chodzilo chyba o moja komorke ktora sie rozladowala a ladowarka zostala niefortunnie w pracy. Taki splot okolicznosci .
środa, 05 kwietnia 2006
dzieci
Przeczytałam , że podobno toczy się dyskusja nt dzieci. Mieć lub nie mieć? No tak , nie ma takiego sposobu , żeby wytłumaczyc komuś, kto nie ma dzieci, jakie ma sie poczucie spełnienia i szczęścia jak słyszysz śmiech swoich dzieci. Nie musisz ich widzieć, wystarczy, że syszysz , że są gdzieś obok i pękaja ze śmiechu z jakiegoś byle powodu. Ze zmęczenia padasz na pysk i twoje marzenia ograniczają się tylko do tego , żeby przez jeden dzień babcia zajęła się dzieciakami a ty bedziesz spać i spać i spać. Jak masz farta to ten jeden dzień przychodzi i dzieci są u babci a ty śpisz, o 10 jestes juz wyspana jak świnia ( bo przez ostatnie 10 lat już sie odzwyczaiłas od spania do 12 -13 jak to bywało na wolności) a potem okazuję się, że w domu jest tak pusto , że aż dzwoni w uszach i po 5 godzinach zaczynasz tęsknić..... za śmiechem , gwarem a i zabawki jakoś tak nienaturalnie poukładane. :) Dzieci to podstawa. No i nigdy nie widziałam, żeby mój mąż tak na mnie patrzył jak patrzy na Księżniczkę albo na Malucha
Wiosna
Jednak przyszła ta upragniona wiosna, bardzo się cieszymy. Dzieci jak tylko deszcz nie pada latają po "ogrodzie" albo siedza w piasku. Księzniczka jezdzi calymi dniami na rolkach. Fajnie jest jak dzieci nie trzeba caly czas miec na oku i siedzec z nimi pod blokiem, otwierasz tylko drzwi i wypuszczasz i masz "luz". luz polega na tym , ze bierzesz grabie i idziesz grabic starą trawe zaschnieta po zimie albo inne fajne sprawy. Tyz piknie. Znowu mam kryzys zwiazany z pracą , nie wiem czy ja tu dlugo jeszcze wytrzymam. Nie chodzi mi o to ze mnie ktos tu gnebi albo cos takiego , tylko o bezsens i parszywość tego zajęcia. Kazdego dnia dowiaduje sie coraz wiecej o funkcjonowaniu tego "prywatnego- państwowego" folwarku. Nepotyzm do kwadratu, kazdy radny , przewodniczacy komisji albo inna lachudra chce cos ugrac, wiekszosc dzialan jest wynikiem naciskow tego lub tamtego , robi sie cos bo, to albo znajmomy , albo mamusia, albo teściowa albo nie wiem kto jeszcze ale napewno z polecenia. Tutaj nawet sprzataczki są z polecenia - blehehe Moze jutro bedzie lepiej, moze jutro nie bede miala takiego zlego nastroju.
wtorek, 21 marca 2006
Smutny Poranek!
Wczoraj po południu nasza papuga ( niebieska) źle się poczuła. Księżniczka przyleciała, że się papuga przewraca, faktycznie bardzo źle z nią było. No więc mamunia do hondy, papugi do samochodu i do weterynarza ... Weterynarz zobaczyła, zbadała ,jedną druga i niczego mądrego nie wymyśliła. Stwierdziła , że niebieska jest strasznie chuda i tak jakby zagłodzona, bo po wnikliwym badaniu okazało sie, że się niebieska ma naderwany dziób. Przypuszczam , że stało się to juz jakieś półtora tygodnia temu jak sie pobiły o huśtawkę borok chyba z głodu zmarła. A jeszcze się okazało, że to są (były) dwa papugi a my na jajka czekaliśmy... no to juz się nie doczekamy. Pani kazała niebieskiego strzykaweczką poić, jajeczko ugotować, ale jak można się było spodziewać rano już był sztywniak. Super sprawa, obwieścić księżniczce , że jej papuga zdechła...biedna tak strasznie płakała i taka była smutna, nie wiedziałam jak ją pocieszyć. Maluch się zdziwił i przyszedł do mnie zapytać czy to prawda, że papuga nie żyje i potem cały czas latał na górę sprawdzać i w końcu przychodzi i mówi: dalej nie żyje! - pojmowanie świata przez pięciolatka. Dziś po południu będziemy robić pewnie ostatnie pożegnanie......Tam tam ta tam
czwartek, 16 marca 2006
SŁAWA
Ostatnie się pięknie popisałam umiejętnościami kierowcy! Jest obok naszego domu górka, ale nie jakaś tam górka malutka tylko bardzo stroma góra. Jadąc tą górką można 6 razy szybciej dojechać gdzie sie chce bez konieczności objeżdżania całej wiochy. Droga prowadząca przez tą górkę jest -powiedziałabym- słabo uczęszczana zimową porą , stoi też znak informujący o konieczności jazdy z łańcuchami. Zawsze wszystkich raczę opowieściami , że nawet straż graniczna stroni od tej drogi zimą , bo się zwyczajnie nie da nią podjechać z uwagi na stromiznę i śliskość.. Droga nie dość , że jest śliska i strona to dodatkowo z jednej strony ograniczona jest przepaścią prowadzącą wprost do jakiegoś ścieku a zbocze to porośnięte jest chaszczami i kilkoma drzewami. Góra nosi malowniczą nazwę Wicherówa. Nigdy nią nie jadę żeby nie ryzykować. Przedwczoraj niestety diabeł mnie podkusił i stwierdziłam wracając z dzieckiem starszym z bilansu 10 -latków , że zima to już się właściwie kończy ( pominęłam w myślach fakt , że jest -5 st i ,że w nocy padał śnieg) i co tam jadę do domu wicherówą , będzie szybciej. No i pojechałam przekonując moje lekko zniesmaczone dziecko , że wjedziemy – SPOKO! No i wjechałyśmy na górkę...prawie, do szczytu zabrakło mi 5 m, samochód przestał jechać w górę za to zaczął jechać w dół. Ruchu w dół nijak nie mogłam powstrzymać, ponieważ z uwagi na lodowy lukier na drodze hamulce nie hamulcowały wcale tylko staczaliśmy się pomału w dół. Stoczyłam się tak tyłem mniej więcej do połowy góry na kawałek czarnego i tam podjęłam decyzję , że nie będzie mi tu jakaś góra rozkazywać jadę jeszcze raz!!!!! I jak debil pojechałam drugi raz i w tym samym miejscu mnie zatrzymało , tylko że tym razem proces zsuwania się w dół był o wiele bardziej gwałtowny i straszny. Dziecko zaczęło głośno protestować , ze wolałaby jechać jednak do góry, ale my bezwładnie sunęłyśmy w dół i w dół i dalej w stronę przepaści i drzewa, na którym miałam zamiar się zatrzymać. Szybko przeliczyłam , ze jak się zatrzymam na drzewie to rozwalę tylko tył samochodu a jak polecę w otchłań to znacznie więcej. Mogłam sobie tak liczyć co się bardziej opłaca bp i tak nie miałam na to zupełnie wpływu. Hamulce nie hamowały tylko jeszcze bardziej ślizgały samochodem( cały czas do tyłu z tej góry) zupełnie nie wiedziałam co mam robić! Tak dla zasady zaciągnęłam ręczny i jakimś cudem samochód zatrzymał sie na skraju te otchłani...... Kazałam dziecku uciekać z samochodu bo mi nic lepszego do głowy nie przyszło, dziecko uciekło. Trochę mi się nogi trzęsły ( trochę bardzo) jak sama wysiadałam. Cały czas wydawało mi się , że fura pomalutku stacza się w przepaść więc poruszałam sie jak w filmach w sytuacji gdy samochód wisi np. Na złamanej gałęzi nad przepaścią. Podłożyłam kolo zapasowe pod tylne koło i poszłam po pomoc. Tylko pro forma odnotuję, że akurat wtedy męża nie było w domu więc musiałam sobie dać radę sama . Poszłam po sąsiada i ten podrapał się , popatrzył , obśmiał i zawyrokował : POTRZEBNY TRAKTOR ALBO CZEKAMY DO WIOSNY :). Wybrałam traktor bo samochód jednak blokował drogę stojąc w poprzek . Traktor nadjechał i sprawnie wyciągnął samochód na bardzo długiej linie . Smaczku całej sprawie dodaje fakt , że tego akurat dnia w kubie znajdującym się u podnóża tej górki sołtys zbierał podatek od nieruchomości i cała akcja ratunkowa rozegrała się przy udziale połowy wsi , która szła zapłacić ! Tak więc jestem już osobą powszechnie znaną we wsi ( nie mylić z szanowaną) A jeszcze teściowa z małym też poszła zapłacić ten podatek i tam mali chłopcy gapili się przejęci , że jeszcze nigdy nie widzieli wypadku na co mój maluch powiedział im :nie śmiejcie się , to jest samochód mojej mamy! Obrońca mój malutki. Tego dnia do samego wieczora miałam drgawki.
|
|